Jesteś tutaj: Home » AKTUALNOŚCI » Różne » Z perspektywy Kresów I RP » Duszpasterstwo polskie w Tomsku na Syberii po Powstaniu Styczniowym

Duszpasterstwo polskie w Tomsku na Syberii po Powstaniu Styczniowym

Kościół parafialny w TomskuPo Powstaniu Styczniowym Polaków wywożono na Sybir tysiącami. Kolejnej fali represji po 1864 roku doświadczyli także setki duszpasterzy kościoła rzymskokatolickiego z Podola i Wołynia.

Jeden z nich ks. Gromadzki poprosił pewnego razu omskiego gubernatora, aby raczył bardziej zwartą masą osiedlać zesłańców-katolików, bo jemu, księdzu, trudno jest obsłużyć ich religijnie. Na to gubernator: „Czy ksiądz nie rozumie, że nam właśnie o to chodzi, by ci Polacy i Litwini zapomnieli na zesłaniu o swych patriotycznych mrzonkach i swym — ledwo cierpianym przez nas — katolicyzmie! Aby się wreszcie zlali z prawosławiem. Ksiądz, który tu na zesłaniu cieszysz się jednak taką wolnością, powinieneś im to wytłumaczyć”. Na to ksiądz Gromadzki: „Czy wolno mi, ekscelencjo, odpowiedzieć szczerze?”. — „Proszę”. „Panie generał-gubematorze, jeśli by jakiś zbieg z domu obłąkanych proponował mi, abym ja, ksiądz katolicki, namawiał moich współwyznawców na prawosławie — to bym się nie dziwił. Ale że pan, naczelnik kraju taką rzecz mi mówisz?” Gubernator aż się poderwał w złości: „Ja tiebia w Sybir!”. A ksiądz spokojnie: „A zdzieś czto? Italia?” — i wyszedł. Gubernator nic mu nie zrobił, żadnych represji nie było.

Ksiądz kanonik Walery Gromadzki był wikarym w Horochowie na Wołyniu w latach sześćdziesiątych XIX wieku. Pracował w swej parafii i uczył polskie dzieci religii, co przez ówczesne władze po powstaniu 1863 roku surowo było zakazane. Bez żadnego ostrzeżenia pewnej nocy został aresztowany przez carską policję i wywieziony na Syberię.

Ówczesny modus transportowania zesłańców polegał na jeździe tak zwaną perekładką, niewielką i niewygodną bryczką, przy czym delikwenta sadzano między dwoma żandarmami i tak trzęsąc toczyła się ona od jednej do drugiej stacji pocztowej. Tam zmieniano konie i eskortę, która mogła odpocząć po długiej jeździe, zaś nieszczęśliwiec — zesłaniec był… zawsze ten sam, wieziony dniem i nocą. Podróż trwała długie tygodnie. Ksiądz Gromadzki został dostarczony do Omska, skąd po pewnym czasie dotarł do naznaczonego mu stałego miejsca pobytu w Tomsku, gdzie był kościół. Tam rozpoczął pracę parafialną, polegającą przeważnie na objeżdżaniu większych skupisk zesłańców Polaków oraz na tworzeniu nowych ośrodków polskich i katolickich.

Parafia jego była większa od całej Francji i sięgała aż po Chiny. Wobec tych odległości, musiał być na wózku z dziewięć miesięcy w roku, by wszystko objechać, dać wiernym wyczekującym księdza w odludnych osadach pomoc religijną (chrzty, śluby, itd.).

Gdy po trzydziestu kilku latach zesłania amnestia umożliwiła mu powrót, zastał jeszcze przy życiu matkę oraz dwóch swoich braci, również księży—jezuitę, astronoma w Tarnopolu, oraz proboszcza w Sitkowcach na Podolu.

Księdzem Gromadzkim opiekowali się piętniczańscy Grocholscy, posyłali mu aparaty kościelne i różne przybory do nabożeństw, kiedyś nawet deski jesionowe do budowy jakiegoś kościoła czy też kaplicy ekspediowali bardzo daleko (do Tomska?). Wrócił przypuszczalnie w roku 1896. Od tego czasu bywał częstym gościem w Pietniczanach, później także w Sumówce (niedaleko Berszadzia), a także w Sławucie u księcia Sanguszki. Radość była wielka za każdym razem, gdy się pojawiał i długie tygodnie tam spędzał.

Ks. Walery GromadzkiCzłowiek o gołębiej duszy, pełen wyrozumiałości i dobroci, mimo lat i tak ciężkiego życia umiejący dzielić wesołość z innymi. Wszystkie przejawy życia brał zawsze z zupełną prostotą, jaka cechuje wielką wiarę, która raczej młodości bywa przywilejem, bo potem blednie jakby jej płomień. Przychodziłam do niego czasem znudzona różnymi domowymi kłopotami, by się poskarżyć. Na to ksiądz: „Za pozwoleniem, moje dziecko, trzeba przecież cośkolwiek i na Pana Boga liczyć”. I człowiek czuł się „odstawiony” na swoje miejsce i potrafił zaraz iść pogodnie dalej przez życie. Kiedyś w Strzyżawce Zosia Grocholska, zirytowana opowiada księdzu,
iż to i to jest źle urządzone na świecie że trzeba, aby było inaczej. Ksiądz z uśmiechem ponad okulary patrzy na nią i mówi: „Nie miał Pan Bóg nauczyciela, znalazł sobie Zosię”.

Nie można się było nacieszyć rozmową z nim i jego opowieściami o różnych epizodach z czasów syberyjskich:

…Jadę kiedyś przez ogromną puszczę do moich parafian dalekich. Jadę na małym wózku zaprzężonym w jednego konia, z chłopcem, który powozi, ja zaś odmawiam brewiarz. Przede mną duży furgon, poczta rozwożona po tych bezkresnych przestrzeniach. Dzwonek przy dyszlu swym nieustannym głosem oznajmia przejazd państwowej instytucji. W pewnym momencie przestaję słyszeć odgłos dzwonka i dopiero po jakiejś dłuższej chwili orientuję się, że i poczta, i mój wózek — stoimy. Z początku nie zwracam na to uwagi.

Gdy zaś to trwa zbyt długo, posyłam chłopca, by zbadał przyczynę zatrzymania. Wraca po chwili z wiadomością: Niedźwiedź nie puszcza. Okazuje się, że to niedźwiedzica z dwoma małymi bawi się na środku drogi, a piastun czyli zeszłoroczny niedźwiadek stoi w pobliżu i pilnuje, by rodzinie nic złego się nie stało. Przejechać nie można, bo niedźwiedzica z małymi nie powinna być drażniona, staje się wtedy niebezpieczną. Trzeba czekać cierpliwie, aż zabawa dwóch małych niedźwiadków na drodze z mamusią się skończy. Gdy z drogi weszły w las, poczta ruszyła, a za nią mój wózeczek — i dalej pojechaliśmy…

…Kiedyś, w zimie, czwórką koni i saniami, przejeżdżałem po lodzie rzeką Ob, bardzo w tym miejscu szeroką. Nagle lód się załamał i para licowych koni poszła pod lód. Były wszelkie dane na utonięcie, bo dyszlowe konie zapadały wciąż łamiąc coraz dalej powlokę lodową. Ale, z pomocą Bożą cudem wyskoczyliśmy z tego niebezpieczeństwa.

Innym znów razem ksiądz w zimie jadąc do wsi, w której miał odprawić nabożeństwo, w czasie zadymki zabłądził. Zawierucha szalała, drogę zasypywał wcłąż padający śnieg, wiatr kręcił w różne strony. Konie stanęły i furman wyszedł szukać drogi. Ksiądz jakiś czas siedział czekając. Wreszcie po długich kilku kwadransach, by się rozgrzać wyszedł z sań i również za drogą się rozglądał… Zmęczony upadł i stracił przytomność. Obudził się w ciepłej chacie, do której wcześniej dotarł furman i opowiadał o wypadku. Ludzie pomogli szukać księdza i cudem znowu natrafili na niego leżącego i nieprzytomnego, zasypanego śniegiem, z którego tylko jedno ramię jeszcze wystawało.

Wiadomą rzeczą jest, że śmierć przez zamarznięcie jest nadzwyczaj przyjemną. Ksiądz tego doświadczył. Opowiadał nam, że tracąc powoli świadomość, w miarę jak zamarzał widział prześliczne światła i słyszał cudną muzykę… Szczęśliwie został w ostatniej chwili znaleziony i wyratowany, by swój kapłański obowiązek wykonywać dalej.

A oto jeszcze jedno opowiadanie. W Tomsku na plebanii późnym wieczorem ksiądz Gromadzki siedzi i czyta. Wchodzi mała dziewczynka bardzo biednie ubrana i prosi, by z nią poszedł do umierającej matki. Ksiądz się zbiera i idzie za małą, gdzieś daleko za miasto. Wchodzą razem do bardzo mamie wyglądającej chaty. Na łóżku leży kobieta. Ksiądz ją spowiada, udziela ostatnich sakramentów, ale odchodząc pyta, gdzie jest dziewczynka? Jaka dziewczynka? — pytaniem odpowiada matka. — Ta, co mnie przyprowadziła… Nie żyje, wczoraj umarła — mówi kobieta. Ksiądz zdziwiony otwiera drzwi do drugiej izby, a tam na łóżku rzeczywiście dziewczynka, leży martwa, ta sama… zrządzeniem Bożym duch jej wędrował, by matka dostąpiła łaski przygotowania się do śmierci. Dla Boga nic nie jest niemożliwym, specjalnie gdy o duszę i zbawienie chodzi, tylko ludzie nie chcą tego zrozumieć.

Na początku swego pobytu zastał ksiądz w Tomsku bardzo porządnego, kulturalnego generał-gubernatora, który odnosił się doń życzliwie i nie robił mu żadnych trudności w pełnieniu posług religijnych. Gdy tego gubernatora gdzieś przenieśli — następca zaczął od tego, że zesłańcom — Polakom i Litwinom, których wciąż przybywało, nie pozwalał gromadzić się w większe skupiska, rozsyłał ich po różnych miejscowościach. Ksiądz Gromadzki idzie do niego i prosi, aby raczył bardziej zwartą masą osiedlać zesłańców-katolików, bo jemu, księdzu, trudno jest obsłużyć ich religijnie. Na to gubernator: „Czy ksiądz nie rozumie, że nam właśnie o to chodzi, by ci Polacy i Litwini zapomnieli na zesłaniu o swych patriotycznych mrzonkach i swym — ledwo cierpianym przez nas — katolicyzmie! Aby się wreszcie zlali z prawosławiem. Ksiądz, który tu na zesłaniu cieszysz się jednak taką wolnością, powinieneś im to wytłumaczyć”. Na to ksiądz Gromadzki: „Czy wolno mi, ekscelencjo, odpowiedzieć szczerze?”. — „Proszę”. „Panie generał-gubematorze, jeśli by jakiś zbieg z domu obłąkanych proponował mi, abym ja, ksiądz katolicki, namawiał moich współwyznawców na prawosławie — to bym się nie dziwił. Ale że pan, naczelnik kraju taką rzecz mi mówisz?” Gubernator aż się poderwał w złości: „Ja tiebia w Sybir!”. A ksiądz spokojnie: „A zdzieś czto? Italia?” — i wyszedł. Gubernator nic mu nie zrobił, żadnych represji nie było.

Przed wyjazdem na obsługę swej obszernej parafii, co nie mogło trwać krócej niż dziewięć miesięcy (na rok), ksiądz obchodził parafian w Tomsku. Chorych — na wypadek śmierci pod jego nieobecność opatrywał przed takim wyjazdem św. Sakramentami. Był wśród mieszkańców Tomska niewierzący aptekarz, od jakiegoś czasu zapadający na zdrowiu.

Ksiądz Gromadzki zaszedł do tego aptekarza z zamiarem pojednania go z Panem Bogiem. Bał się, że gdy wróci z objazdu, może go nie zastać. Ubrany w komżę i stułę pod płaszczem wszedł do pokoju. Aptekarz ujrzawszy księdza Gromadzkiego ucieszył się niezmiernie. — „Jaki ksiądz dobry, że o mnie pamięta, że mnie odwiedza”. Ksiądz w milczeniu przygotowuje ołtarzyk, stawia przyniesione świece i zdejmuje płaszcz. Aptekarz, zobaczywszy, że ksiądz jest w komży, wpada we wściekłość. „Precz…— woła w furii. Precz z mego domu…”—krzyczy nie szczędząc obraźliwych słów i przekleństw. Ksiądz po chwili kończy przygotowania, po złożeniu Najśw. sakramentu na ołtarzyku podchodzi do aptekarza. -To to tak – mówi podniesionym głosem. – To to tak? Jak widzisz, że do ciebie przychodzi ktoś w odwiedziny, to się cieszysz i dziękujesz. A jak widzisz, że przyszedł do ciebie Pan Bóg twój, to wypędzasz i przeklinasz! — Spowiadaj się durniu zaraz, bo ja wyjechać muszę i nie chce cię tak zostawić…” „I co się dzieje — mówi dalej ksiądz — ten bezbożnik i grzesznik zatwardziały, po tej mojej przemowie ukląkł, z największą pokorą się wyspowiadał i z takim żalem, tak mocno bił się w piersi, że musiałem go opamiętać: Powoli durniu, bo się zabijesz, i przed rozgrzeszeniem skończysz. Z największą pobożnością przyjął komunię św., ostatnie sakramenty, a jak wychodziłem, czołgał się za mną na kolanach i po nogach całował dziękując. Ksiądz wyjechał — i stało się, jak przypuszczał: zanim powrócił z objazdu, aptekarz umarł, szczęśliwy i na wieczność zabezpieczony.

Pan Bóg w różnych okolicznościach różne natchnienia zsyła na swoje dzieci, jak w danym wypadku z kim postępować, w jaki sposób przekonać o najważniejszych życiowych sprawach. Łaska Boża czasem delikatnie, a czasem z impetem i z wyzwiskami spłynąć na duszę człowieka może i prawdę mu okazać.

Po swoim powrocie z Syberii ksiądz kanonik Gromadzki często gościł w Pietniczanach, gdzie prowadził rozmowy z Marią Grocholską i jej przyszłym mężem. Wkrótce miały się odbyć uroczyste zaręczyny. Podarował jej wówczas sztukę chińskiego prawdziwego białego jedwabiu, z którego mama kazała zrobić suknię śliczną z dodatkiem grubych białych koronek i w dniu zaręczyn ją włożyłam. Gdy już po moim ślubie, dużo później, do Sumówki przyjeżdżał, przebywał nieraz długie tygodnie. Mszę św. w miejscowej kaplicy odprawiał, a że w czasie bytności na zesłaniu, tak jak na misjach, przysługiwały mu różne prawa specjalne in partibus infidelium, korzystał z nich i na naszym terenie. Któregoś roku zjawił się ku naszej wielkiej radości przed świętem Bożego Ciała. Grocholscy korzystali z okazji, by — zamiast jechać do dalekiej parafii — odprawić całe nabożeństwo na miejscu. Postarali się o monstrancję z Obodówki i urządzili cztery ołtarze z czterech stron domu — i mieliśmy śliczne nabożeństwo, na które oprócz wszystkich mieszkańców wsi dużo osób z okolicy przybywało i w procesji także uczestniczyło. Mąż Marii prowadził księdza pod baldachimem od pierwszego ołtarza, a panowie z zarządu, po kolei, do dalszych ołtarzy księdza podtrzymywali. Maria Grocholska była organistą. I zostało z tej uroczystości dobre i podniosłe wspomnienie…

Na podstawie „Wspominek Nikłych” Marii z Grocholskich Hieronimowej Sobańskiej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code