Jesteś tutaj: Home » AKTUALNOŚCI » Regiony » Winnicki » Broniąc dobrego imienia swojego ojca

Broniąc dobrego imienia swojego ojca

Łarysa Korobkina-Szturmarewicz na schodach kościoła Matki Bożej Anielskiej w WinnicyW połowie kwietnia Winnicę odwiedziła Pani Łarysa Korobkina-Szturmarewicz, Polka, mieszkająca w rosyjskim Woroneżu, która postanowiła dowiedzieć się, co naprawdę stało się z jej dziadkiem, którego ślad zaginął 27 kwietnia 1938 roku po aresztowaniu przez NKWD w Petraniu niedaleko Żmerynki.

W pierwszej kolejności Pani Łarysa zwróciła się do Archiwum Obwodowego, pracownicy którego bez trudu odnaleźli dokumenty jej przodka. To, o czym woronieżanka dowiedziała się, z jednej strony przyniosło jej ulgę, a z drugiej strony żal i smutek… Okazało się, że dziadek Grzegorz Grzegorz Szturmarewicz nie był żadnym bandytą i rzezimieszkiem. Miał czyste sumienie wobec Boga a nawet wobec totalitarnej władzy sowieckiej. Jedyną jego winą była… narodowość polska, na podstawie posiadania której sąd „trójki” oskarżył Polaka o udział w nieistniejącej Polskiej Organizacji Wojskowej i zlecił by go rozstrzelano w Winnicy 22 września 1938 roku.

Suche cyfry dokumentów nie są w stanie przekazać głębię tragedii, którą przeżyła rodzina zwykłego rolnika, spokojnie wychowującego z żoną Petronelą czwórkę dzieci (najmłodsze z których miało zaledwie roczek), chodził do kościoła i rozmawiał w domu po polsku.

– Zawsze czekałam na ten moment, kiedy będę miała możliwość przyjechać do Winnicy i zobaczyć miejsca, gdzie spoczęły prochy mego dziadka – mówi Pani Łarysa. – Mam już swoje lata i nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze wrócę tutaj, a ból od niewiedzy jest jeszcze gorszy od śmierci najbliższego w sposób naturalny – mówiła.

Spotkałem Łarysę Korobkinę-Szturmarewicz na schodach kościoła kapucynów. Intuicyjnie poszła ona do rzymskokatolickiej świątyni, w nadziei, że ktoś z księży jej coś na temat represji podpowie. To normalny odruch osoby o polskich korzeniach w regionie, gdzie nie zważając na daleko posunięte zmiany polityki Watykanu kościół wciąż jest kojarzony z polskością. Pani Łarysa, o dziwo, zaczęła mówić łamaną polszczyzną, opowiadając, jak uczyła się sama języka przodków i jak długą drogę musiała pokonać (24 godziny pociągiem), żeby dotrzeć na miejsce, gdzie NKWD zamordowało jej dziadka.

Podpowiedziałem, gdzie w Winnicy znajdują się trzy miejsca, w których NKWD po nocy w zbiorowych „dołach śmierci” grzebało dziesięć tysięcy Podolan, gdzie znajdowało się podwórko NKWD, po którym do kanalizacji spływała krew zamordowanych strzałem w tył głowy… i gdzie po niemieckiej ekshumacji w 1943 roku złożono prochy niewinnych ofiar represji komunistycznych.

Ostatnie miesiące życia Grzegorza Teofila Szturmarewicza były łudząco podobne do losu tysięcy innych Polaków na Podolu, którzy trafili w latach 1937-1938 pod młot Wielkiego Terroru. Urodził się 10 stycznia 1897 r. w Petraniu (rej. żmeryński). Po ukończeniu szkoły ożenił się z Polką Petronelą, zgodnie z tradycjami narodowymi (wówczas mieszanie rodzin było przyrównywane do wielkiego grzechu). Szczęśliwi rodzice po kolei doczekali się czworga dzieci – Wioliny, Weroniki, Włodzimierza oraz Teofila. Tata po przewrocie bolszewickim nie miał innego wyjścia, jak pracować w kołchozie.

Rodzina Szturmarewiczów uniknęła losu 1,5 miliona zagłodzonych w latach 1932-33 Podolan oraz deportacji dziesiątków tysięcy swoich rodaków w 1936 roku do Kazachstanu, wschodnich obwodów Ukrainy i na Sybir. Lecz aresztowany dziesięć dni po Wielkanocy 1938 roku Grzegorz Teofil został osadzony w winnickim więzieniu. Śledczy „doszukali się” w jego osobie bardzo niebezpiecznego szpiega i dywersanta i oskarżyli zgodnie z art. 54-4, 54-6, 54-11 UK USRS. Na Grzegorza Teofila czekało rozstrzelanie z konfiskatą całego mienia.

W decyzji sąd „trójki” napisał: „Obywatel Szturmarewicz jest członkiem polskiej organizacji POW i prowadzi dywersyjno-szpiegowską działalność na rzecz Polski”. Na rzecz Polski… To, że ojczyzną przodków była Polska, wystarczyło, by Grzegorz Teofil Szturmarewicz otrzymał od państwa bolszewickiego nagrodę – kulę w potylicę i skazanie na zapomnienie na następne 20 lat.

W 1958 roku podczas politycznej odwilży po śmierci Stalina Wojskowy Trybunał Przykarpackiego Okręgu rehabilitował pośmiertnie Polaka z Petrania… Jego najmłodsi synowie Włodzimierz (1 rok) oraz Teofil (2 lata) nigdy w życiu nie odczuli ojcowskiego ciepła i nie pamiętają, jak dobrze siedzieć u taty na „barana”.

Suche cyfry, wypisane czarno na białym w kartce z akt NKWD, wołają o jedno – by pamięć o niewinnych ofiarach komuno-bolszewickich zbrodni nie zginęła nigdy. Szczególnie Polacy nad Wisłą powinni pamiętać o gehennie swoich rodaków na Podolu i Wschodnim Wołyniu w latach 30. XX wieku. To wcale nie było tak dawno, jak nam się wydaje…

Jerzy Wójcicki, K.B., 26.04.16 r.

 

 

Odległość od Winnicy do Woroneża